Elzbieta Kraszewska

1. Coraz częściej mówi się o sztuce zaangażowanej środowiskowo. Czy z Pani perspektywy jest to realny nurt wynikający z troski artystów, czy raczej odpowiedź na aktualne tematy obecne w kulturze i rynku?

Zdecydowanie mamy do czynienia z nakładaniem się dwóch wektorów, jednak obraz pokolenia, z którym najczęściej pracuję – czyli studentów i absolwentów uczelni artystycznych – jest dziś bardziej skomplikowany i pełen niuansów, niż narracje medialne próbują nam przekazać. Jeśli spojrzymy obiektywnie na twarde dane socjologiczne, chociażby na najnowszy globalny raport Deloitte Gen Z and Millennial Survey, zauważymy istotne przesunięcie priorytetów.

Kwestie środowiskowe i ochrona klimatu wciąż utrzymują się wysoko, bo w pierwszej piątce największych obaw pokolenia Millennialsów, jednak u najmłodszych, czyli generacji Z, temat ten został wyraźnie zepchnięty na dalszy plan przez twardą presję ekonomiczną, koszty życia i wyzwania rynku pracy. Mimo to, wśród młodych twórców na uczelniach artystycznych ta troska wciąż ma charakter bardzo osobisty – często manifestuje się jako intuicyjny, egzystencjalny niepokój o kondycję świata, w którym przyjdzie im żyć.

Na poziomie globalnym rynek sztuki i instytucje na nim działające szybko ten autentyzm sformatowały i zawłaszczyły. Widzimy to chociażby po pojawieniu się wielu prestiżowych dedykowanych wyróżnień, takich jak na przykład francuska Prix COAL Art and Environment Award, przyznawana we współpracy z tamtejszym Ministerstwem Kultury, czy Environmental Art Prize przyznawane przez w Austrii przez Kunsthaus Graz oraz prowincję Styria. W USA analogiczny mecenat uruchomiło prestiżowe muzeum sztuki współczesnej MOCA w Los Angeles, w formie Environment and Art Prize fundacji Erica i Wendy Schmidt.

Podsumowując, instytucjonalizacja tego zjawiska jest faktem, ale u źródła – w pracowniach młodych artystów – leży próba autentycznego, czasem niekomfortowego dla odbiorców rozliczenia się z rzeczywistością.

2. Jak artyści, z którymi ma Pani kontakt, mówią o relacji człowieka z naturą? Czy częściej jest to osobiste doświadczenie, niepokój, obserwacja świata, czy świadomie budowany temat pracy?

Język, którym posługują się młodzi twórcy, całkowicie odchodzi od XIX-wiecznego, czy wczesno XX-wiecznego antropocentrycznego zachwytu nad pejzażem, czy romantycznego idealizowania przyrody. Współczesny język artystyczny jest alarmujący, organiczny i inkluzywny. Natura nie jest już tłem dla działań człowieka – jest równorzędnym, cierpiącym podmiotem.

Artyści bardzo często posługują się estetyką post-apokaliptyczną lub biologiczno-anatomiczną. Mówią o symbiozie, ale i o gwałcie na ekosystemie. W ich pracach widać fascynację strukturami mikro – tkankami, mchami, pleśnią, fakturą ziemi – co zresztą doskonale pokazuje, że szukają ucieczki od cyfrowego, przebodźcowanego świata w stronę czystej materii. Na początku niemal zawsze dostrzegany jest czysty, intuicyjny niepokój wywołany obserwacją codzienności – znikaniem terenów zielonych w miastach, anomaliami pogodowymi czy wszechobecnością plastiku.

Jednak rygor akademicki i proces edukacji na ASP zmuszają tych młodych ludzi do przekuwania emocji w świadomie budowane strategie artystyczne. Praca nad dyplomem to nie tylko intuicja czy wykorzystanie swojego talentu – to miesiące ciężkiej pracy: researchu, czytania tekstów źródłowych, zapoznawanie się z dorobkiem współczesnych filozofów zajmujących się problematyką ekologiczną i precyzyjnego dobierania formalnych środków wyrazu. Wynikiem tego jest sztuka, która – choć wyrasta z osobistego impulsu – staje się dojrzałym, intelektualnym projektem badawczym.

3. Czy sztuka może realnie wpływać na świadomość ekologiczną odbiorców, czy jej działanie kończy się raczej na emocji, refleksji i symbolicznym geście?

Byłabym naiwna, twierdząc, że jeden obraz czy wystawa natychmiast zmienią nawyki konsumenckie społeczeństwa. Sprawczość sztuki leży gdzie indziej – ona działa metodą kropli drążącej skałę. Zamienia suche, statystyczne dane z raportów naukowych na język zmysłów i emocji. Odbiorca może zignorować kolejny wykres pokazujący wzrost temperatur, ale nie przejdzie obojętnie wobec monumentalnego, fakturowego płótna, które fizycznie dotyka problemu destrukcji.

Działanie sztuki zaczyna się od emocji, ale na niej się nie kończy. Symboliczny gest artysty potrafi otworzyć w głowie widza przestrzeń do dyskusji, której wcześniej unikał. Galeria sztuki staje się agorą – miejscem, gdzie spotykają się ludzie o różnych poglądach i zaczynają rozmawiać o kondycji świata. To budowanie kapitału społecznego i wrażliwości, która z czasem przekłada się na realne decyzje życiowe.

4. W jaki sposób rynek sztuki reaguje dziś na tematy środowiskowe? Czy „ekologiczność” pracy może zwiększać jej widoczność, atrakcyjność albo wartość?

Rynek sztuki reaguje pragmatycznie i dwutorowo. Na poziomie instytucjonalnym i wizerunkowym „ekologiczność” jest dziś gigantycznym atutem. Galerie i muzea na całym świecie przechodzą procesy certyfikacji ekologicznej, a kuratorzy poszukują sztuki, która wpisuje się w programy zrównoważonego rozwoju. To bez wątpienia zwiększa widoczność medialną takich prac i ułatwia ich obecność na prestiżowych wystawach.

Jednak na poziomie twardej wyceny komercyjnej i decyzji zakupowych prywatnych kolekcjonerów, sam „zielony temat” to za mało. Doświadczony kolekcjoner natychmiast wyczuje, kiedy temat został wybrany koniunkturalnie pod publiczkę, a kiedy wynika z wewnętrznego przymusu twórczego. Środowiskowy kontekst może być wspaniałą narracją dodaną, która wzbogaca obiekt, ale nigdy nie zastąpi braku talentu, autentyczności czy słabego warsztatu.

5. Czy widzi Pani ryzyko, że tematy ekologiczne stają się w sztuce pewnym trendem – czymś, co dobrze brzmi kuratorsko, medialnie i sprzedażowo?

Tak, to ryzyko jest ogromne i bardzo realne. Zjawisko to ma już swoją nazwę w literaturze krytycznej – to art-washing lub kuratorski greenwashing. W momencie, gdy dany temat staje się modny i zaczyna gwarantować dotacje celowe, zainteresowanie mediów czy obecność w głównym obiegu, zwykle pojawia się pokusa koniunkturalizmu.

Sztuka ekologiczna bywa sprowadzana do roli atrakcyjnego baneru reklamowego dla instytucji korporacyjnych, które chcą ocieplić swój wizerunek. Widzimy wielkie wystawy o ginącej przyrodzie sponsorowane przez podmioty, których codzienna działalność daleka jest od ekologicznych standardów. To niebezpieczny trend, ponieważ trywializuje on realny problem klimatyczny, zamieniając ego w estetyczną ciekawostkę, która ma „dobrze brzmieć” w kuluarach i ładnie wyglądać w CSR-owych sprawozdaniach.

6. Gdzie, Pani zdaniem, przebiega granica między autentycznym przekazem artysty a „opakowaniem” jego twórczości w atrakcyjną narrację rynkową?

Ta granica przebiega w samej materii dzieła oraz w biogramie artysty. Autentyczność zawsze broni się integralnością twórczą. Jeśli artysta od lat konsekwentnie rozwija swój język wizualny, eksperymentuje z materiałami (np. używa naturalnych barwników i pigmentów, rezygnuje z toksycznych spoiw, pracuje z obiektami znalezionymi – found objects), a jego zaangażowanie widać również poza płótnem, to mamy do cenienia z autentycznym przekazem.

Narracja rynkowa staje się sztucznym „opakowaniem” wtedy, gdy jest doklejona na siłę. Widzimy to wówczas, gdy czysto dekoracyjne, powierzchowne estetycznie malarstwo jest nagle opatrywane przez kuratora czy marszanda głębokim, pseudo-filozoficznym opisem o „ratowaniu planety”, z którym sama praca nie ma strukturalnie nic wspólnego. Prawdziwa sztuka nie potrzebuje nadmiaru kuratorskich protez – ona mówi sama za siebie.

7. Kto dziś w praktyce decyduje o tym, które prace i artyści trafiają do obiegu: galeria, kurator, krytyk, kolekcjoner, media, a może algorytmy i widoczność w Internecie?

Dzisiejszy obieg sztuki to skomplikowany, wielopoziomowy sieciowy ekosystem, w którym tradycyjna hierarchia uległa głębokiej demokratyzacji, ale i rozproszeniu. Dawniej istniał jasny łańcuch: profesor ASP wskazywał talent, krytyk pisał recenzję, kurator organizował wystawę w państwowej instytucji, a kolekcjoner kupował.

Dziś, w dobie dominacji pokolenia cyfrowego, te granice się zatarły. Algorytmy mediów społecznościowych (szczególnie Instagrama) potrafią wykatapultować młodego artystę do międzynarodowego obiegu z pominięciem tradycyjnych instytucji i krytyków, a często też niestety talentu i realnej wartości artystycznej, jaką oferuje.

Widoczność w sieci buduje bezpośredni zasięg i przyciąga młodą generację kolekcjonerów, jednak ta cyfrowa waluta bywa ulotna. Aby artysta pozostał w obiegu na stałe i budował trwałą wartość historyczno-artystyczną, wciąż niezbędna jest weryfikacja przez profesjonalne galerie prywatne, kuratorów i instytucje muzealne. Algorytm daje szybki start, ale to galeria i kurator budują fundamenty pod długofalową karierę.

8. Czy młodzi artyści poruszający tematy środowiskowe są rzeczywiście słyszani, czy raczej ich wrażliwość bywa wykorzystywana jako element większej opowieści instytucji, galerii lub rynku?

Niestety, bywają sytuacje, w których ta młoda, surowa wrażliwość staje się paliwem dla instytucjonalnej machiny. Młodzi artyści, będąc na początku swojej drogi, są grupą niezwykle podatną na eksploatację. Instytucje potrzebują „świeżego, zaangażowanego głosu”, by wypełnić kryteria grantowe lub wpisać się w aktualny dyskurs kuratorski, nie zawsze oferując w zamian realne, partnerskie wsparcie czy godziwe wynagrodzenie.

Z drugiej strony, w strukturach takich jak nasza galeria, kładziemy duży nacisk na to, aby ci twórcy byli słyszani na ich własnych warunkach. Rola odpowiedzialnego galernika i mentora polega na stworzeniu bezpiecznej przestrzeni, w której głos artysty nie zostanie zmanipulowany ani sprowadzony do roli rynkowej ciekawostki. Młodzi są słyszani wtedy, gdy pozwala im się mówić własnym, nierzadko trudnym i niesprzedażowym językiem.

9. Czy galeria ma wobec odbiorcy odpowiedzialność edukacyjną – na przykład pomagać rozumieć kontekst prac – czy jej rola polega przede wszystkim na promocji i sprzedaży sztuki?

Prowadzenie galerii sztuki współczesnej to misja głęboko dualistyczna. Oczywiście, jesteśmy podmiotem rynkowym – bez sukcesu komercyjnego, promocji i sprzedaży nie bylibyśmy w stanie utrzymać przestrzeni ani finansować rozwoju naszych artystów. Finanse to krwioobieg galerii.

Jednak sercem tej działalności jest bezwzględna odpowiedzialność edukacyjna i społeczna. Szczególnie przy promowaniu sztuki najmłodszej generacji, która często posługuje się nowym, nieoczywistym kodem wizualnym, galeria musi pełnić funkcję tłumacza i przewodnika. Naszym obowiązkiem jest budowanie mostów między hermetycznym światem akademii a odbiorcą, który wchodzi do nas z przysłowiowej ulicy.

Organizowanie spotkań z artystami, rzetelne opracowywanie tekstów kuratorskich i edukowanie o kontekście powstawania dzieła to nie kosztowna fanaberia, ale nasz fundamentalny obowiązek. Tylko świadomy i wyedukowany odbiorca staje się w przyszłości dojrzałym kolekcjonerem.

10. Jak odróżnić sztukę, która rzeczywiście uruchamia myślenie o świecie, od sztuki, która jedynie dekoruje ekologiczne sumienie odbiorcy?

To kluczowe pytanie o kryterium prawdy w sztuce. Sztuka „dekoracyjna”, która jedynie maskuje wyrzuty sumienia współczesnego konsumenta, jest bezpieczna, estetyczna i powierzchowna. Często posługuje się dosłownymi, zużytymi metaforami: zwiędły kwiatek, plastikowa butelka wklejona w ładny pejzaż, zielony liść na szarym tle. Taka sztuka nie boli – ona pozwala widzowi poczuć się „wrażliwym ekologicznie” bez opuszczania strefy komfortu.

Sztuka, która uruchamia realne myślenie, bywa niewygodna, chropowata i niejednoznaczna. Ona nie daje prostych odpowiedzi i nie oferuje łatwego pocieszenia. Często operuje na poziomie podświadomości, budząc niepokój, fascynację połączoną nawet z fizycznym wstrętem, lub głębokie wzruszenie. Zmusza widza do zadania sobie pytania o własną odpowiedzialność i współudział w procesach niszczenia świata. Jeśli praca zostaje w pamięci na tygodnie i burzy wewnętrzny spokój – to znak, że dotknęła sedna.

11. Czy Pani zdaniem sztuka dotycząca natury i środowiska może wychodzić poza przestrzeń galerii – do miasta, przestrzeni publicznej, edukacji, wspólnot lokalnych?

Ona nie tyle może, ile wręcz musi tam wychodzić. Zamykanie dyskursu o środowisku naturalnym wyłącznie w białych ścianach (white cube) ekskluzywnej galerii drastycznie zawęża pole rażenia i ogranicza krąg odbiorców do uformowanej już elity intelektualnej.

Prawdziwa rewolucja mentalna dzieje się w przestrzeni publicznej. W Polsce dobrym tego przykładem są inicjatywy o charakterze rezydencyjnym i festiwalowym, jak choćby nadbużański Land Art Festival, który w ramach otwartych naborów gromadzi twórców redefiniujących nasz stosunek do natury bezpośrednio w krajobrazie. Na poziomie instytucjonalnym ciekawą i prekursorską pracę wykonuje gdańskie CSW Łaźnia, łącząc sztukę z nauką w projektach badających degradację ekosystemów.

Widzimy też pewne ruchy ze strony sektora prywatnego – fundacje korporacyjne powiązane z mecenatem sztuki coraz częściej włączają kryteria ekologiczne i świadomość antropocenu do swoich programów grantowych i konkursów.

12. Jakie wnioski płyną dziś z obserwacji środowiska artystycznego: czy sztuka może być realnym narzędziem zmiany, czy raczej lustrem, w którym odbija się nasz niepokój o przyszłość?

Sztuka bez wątpienia jest i jednym, i drugim. Jednak w obliczu wniosków z różnych badań społecznych, jej rola jako „lustra” zyskuje dziś nowy, bezkompromisowy wymiar. Skoro wiemy, że dla młodych Polaków wchodzących na rynek pracy kwestie czysto finansowe (wynagrodzenie) są bezwzględnym priorytetem, znacznie ważniejszym niż ekologiczny profil pracodawcy, to sztuka staje się lustrem, które bezlitośnie obnaża nasz codzienny oportunizm.

Odbija nie tylko lęk przed katastrofą klimatyczną, ale przede wszystkim nasz wewnętrzny, ludzki konformizm – moment, w którym wygoda ekonomiczna wygrywa z krótkoterminowymi wartościami. I właśnie w tym bezwzględnym obnażaniu prawdy tkwi punkt wyjścia do jej drugiej roli: realnego narzędzia zmiany. Sztuka nie zmienia świata systemowo – nie robi tego za pomocą ustaw czy dekretów. Zmienia go poprzez fundamentalną transformację jednostkowej wrażliwości.

Pokazując młodemu człowiekowi to pęknięcie między jego deklaracjami a wygodnictwem, zmusza go do wewnętrznej dyskusji. Zmieniając sposób patrzenia jednego człowieka na drugą istotę, na rzekę, na jego własne wybory życiowe – sztuka inicjuje proces, który falowo rozchodzi się po całym społeczeństwie. I w tej mikro-skali tkwi jej największa, najprawdziwsza siła.

Wywiad z Panią Elżbietą Kraszewską o tym, kiedy sztuka staje się czymś więcej niż estetycznym gestem. O młodych twórcach, ekologicznej świadomości, granicach autentyczności i zielonej dekoracji, która zbyt łatwo uspokaja sumienie odbiorcy.

Ela Kraszewska, Artystka, projektantka i kuratorka, która z sukcesem połączyła wieloletnie doświadczenie w świecie designu z pasją do sztuki, tworząc Galerię Wiele Sztuki – jedną z dynamicznie rozwijających się galerii sztuki współczesnej w Polsce. Jako założycielka i właścicielka, od 2011 roku konsekwentnie buduje markę, która jest rozpoznawalna na rynku polskim i zagranicznym dzięki unikalnemu modelowi działania i głębokiemu zrozumieniu zarówno potrzeb artystów, jak i kolekcjonerów.

Elżbieta Kraszewska

Galeria Wiele Sztuki, założona w 2011 roku, powstała z misją wspierania i promowania najbardziej uzdolnionych studentów i absolwentów uczelni artystycznych. Dzięki skuteczności w promocji młodej sztuki, galeria z biegiem czasu naturalnie poszerzyła swoją działalność, przyciągając artystów o ugruntowanej renomie. Obecnie reprezentuje szerokie spektrum twórców – od debiutantów po profesorów i wykładowców akademickich z Polski i zagranicy. Galeria prowadzi działalność w oparciu o model hybrydowy, łącząc sprzedaż online z aktywnością w stacjonarnych lokalizacjach w Poznaniu i Warszawie oraz zarządzając przestrzeniami wystawienniczymi w całej Polsce.

Małgorzata Jakieła

Michalina Czurakowska

Katarzyna Bąkowska-Roszkowska